bo jestem w depresji po-maouowej i jedyne o czym mam ochote pisac to Maou xD:;;
You are The Star
Hope, expectation, Bright promises.
The Star is one of the great cards of faith, dreams realised
The Star is a card that looks to the future. It does not predict any immediate or powerful change, but it does predict hope and healing. This card suggests clarity of vision, spiritual insight. And, most importantly, that unexpected help will be coming, with water to quench your thirst, with a guiding light to the future. They might say you're a dreamer, but you're not the only one.
What Tarot Card are You?
Take the Test to Find Out.
skomentuj (1)
~~The true freedom might mean having a place to return~~
2008-06-21 22:28:01
- i -
Czy każdy ma swoje miejsce, takie tylko dla siebie? Jeśli nie ma to czy każdy go szuka? Oczywistym jest, że każdy tego chce. Jeśli nie chce, to zapewne je już ma lub nigdy się nie zastanawiał nawet nad takimi problemami. Może są ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy, ze go nie mają, nie zdaja sobie tak naprawdę nawet sprawy z tego, co na nich samych wpływa i ich kształtuje, nie wiedzą ile tak naprawdę zawdzięczają tylko sobie. Teoretycznie można życ sobie prosto, nie rozważając niczego zbyt konkretnie, z dnia na dzień, rutyną pracy, młodzieńczych rozrywek i zaspokajania własnych potrzeb. Ale czy w końcu nie nadchodzi to pytanie, jakieś zwątpienie. O co tak naprawdę chodzi? Czego tak naprawdę chcemy? Czy naprawdę interesuje mnie tylko to wyspanie się, pieniądze, praca, troche rozrywki, czy jakaś działalnosc artystyczna? Czy to, co chcę w obecnej chwili naprawdę jest tym czego chcę? Czy w pewnym momencie tego wszystkiego nie staje się "za mało"? W końcu każdy uznaje się za coś wartościowszego niż tylko praca, jedzenie, i ta cała szara otoczka życia. Dlaczego? Bo jest to rutynowe, często nudzi, trochę zwierzęce, a mamy tendencję uważac, że rozumiemy więcej od zwierząt. W końcu tak czy inaczej nadchodzi takie pytanie. Zwykle można je uciszac (i byc dalej beztroskim albo nawet uznawac, że nie ma nic ponadto ale to nie szkodzi - co jest formą uciszania siebie)lub się nim zafascynowac (szukając czegoś innego). W skrajnych przypadkach - popasc w dołek psychiczny gdy sie stwierdzi, że nie ma nic ponadto. Można też uznac, że doskonale wiemy co jest "nad", jakimś sensem życia i wskazujemy wtedy zwykle na jakąś religię, albo nawet dziedzinę którą obecnie kochamy (sztukę, jakiś kierunek studiów albo jeszcze coś innego).
Tylko tak się niekiedy zastanawiam, czy naprawdę chcemy tego sensu ponad? Czy nas, na nasze możliwości ludzkie, będace przeciez miksem emocji z jakimś tam rozumem, naprawdę satysfakcjonuje wizja nieskończonego dobra i idealności? Na dobrą stronę, nawet nie rozumiemy przecież pojęcia "idealnosc". Idealne ma byc ze względu na mnie? Czy może ze względu na wszystkich, nawet jesli by to znaczyło moją szkodę gdzieś po drodze? Ale co to wtedy za ideał jak ze szkodą? Ideał z marginesem błędu? To po co powstałoby pojęcia idealności skoro nawet idealnosc nie jest idealna? Myślę, że czujemy ją tylko intuicyjnie i nie mamy pojęcia czym miałaby byc, nie umiemy opisac jej w słowach, ale myślimy że pewnie byśmy ją rozpoznali jakby sie nadarzyła. Może faktycznie, to że ktoś coś uznaje za idealne a drugi nie, może wypływac jedynie z przerostu ego i przesadnych preferencji. Choc wydaje się, że tylko takie przypadki albo głównie takie spotykamy. Albo nawet się nad tym nie zastanawiamy.
W sumie myślę, że ideał to nie do końca to, ale i nie do końca co innego. Owszem, czujemy intuicyjnie, ale myślę że idealności nie powinno rozważac się w dziedzinach własne dobro vs wspólne. Ale na jakim polu leży nie mam pojęcia. Czasem wydaje mi sie tworem w pełni sztucznym. W sensie, że nigdzie go nie ma nawet jako idei. Bo mozna przyjąc, że człowiek poza posiadaniem własnego rozumienia ideału ma też pewne ukryte rozumienie, ogólnoludzkie. Takie wynikałoby z tego, że wszyscy jesteśmy ludźmi i dlatego posiadamy je wspólnie, podobnie np. do posiadania przez nas wszystkich możliwości opanowania mowy w jakimś języku. Ale wtedy takie pojęcie zeszło by na poziom biologiczno-psychiczny, a czy nasze abstrakcyjne pojęcia językowe mogą byc biologiczne? (może i mogą, w sumie język ma służyc przecież względom praktycznym, tyle że abstrakcyjne pojęcia traktuje się jako "abstrakcyjne" nie bez powodu). A jeśli niebiologiczne to jakie?
Każdy intuicyjnie chce jednak swojej nie do końca określonej idealności, nawet jeśli twierdzi inaczej. Ludzie naturalnie skłonni są unikac bólu i sytuacji dla nich niekorzystnych, a brak idealizmu w końcu do nich zmusza. Owszem, można przyjąc, że człowiek nie chce ideału, ze względów jednak nie do końca życzeniowych, tylko racjonalnych: bo jest niemożliwe pozbyc się zupełnie krzywdy ze świata. Ale gdyby było możliwe, pewnie by taką opcję chcieli. Więc to czysta zdroworozsądkowosc, a nie kwestia tego, że ideału nie chcą. Mało prawdpodobne jest, by ktokolwiek nie pragnąłby już nigdy nie cierpiec. Choc ja mogłabym uważac trochę inaczej.
Ale zakładając minimalizację krzywdy dążymy sobie do naszego niepełnego ideału. Minimalizacja krzywdy jest skłonnością biologiczną, a i my psychicznie czujemy się z tym lepiej, więc nie mamy po co tego podważac. Tylko czy nie rozumiemy jej jakoś krzywo? Minimalizacja to dla nas unikanie wszystkiego jak sie da, wszelkimi środkami i to uważamy za nasze prawo. Przestajemy doceniac to, co dzięki temu możemy zyskac. Wiele ludzi zadaje sobie pytanie, czemu cierpią, dlaczego akurat oni, czemu ktoś jest podły dla nich skoro oni nie są, dlaczego dobrych ludzi spotyka nieszczęście, w ogóle jaki jest sens cierpienia, najlepiej żeby go nie było. Ludzie wcale nie chcą rozumiec prawa równowagi, zwłaszcza jak czują swoje lub cudze poczucie krzywdy. Tak jak osoba cierpiąca odrzuca to, co może jej pomóc, ze złości. W ogóle złosc często zatyka nam wszystkie możliwe wyjścia i skupia nas tylko na jednym, zwykle poczuciu krzywdy. Od którego to uczucia chcemy (bo nas męczy i donikąd nie prowadzi) i jednocześnie nie chcemy (bo nie zgadzamy się z danym stanem rzeczy) się uwolnic. Poczucie krzywdy ponadto zostawia długi ślad za sobą tego niesmaku i niezgody na... no, na prawie wszystko. Ciężko jest się od tych konsekwencji oddzielic i pomyślec inaczej, bo cały nasz mechanizm biologiczno-psychologiczny i nasza wola jest na tym zbyt osadzona. To są właśnie wady pójścia ślepo za naturalnymi skłonnościami. Również całego tego minimalizowania nieszczęścia, które prowadzi do preferowania siebie nad wszystko inne, no bo minimalizując cierpienia nie mamy specjalnie czasu przejmowac się dogłębniej innymi. Co nie znaczy że nic oni dla nas nie znaczą i raczej życzymy im jak najlepiej. Ale zdarza nam się trochę za często, że ich ignorujemy zajęci sobą. Czasami nawet zależnie od humoru uznając to za fakt lub ostro się sprzeciwiając temu stwierdzeniu. W efekcie twierdzimy, że niektóre cierpienie jest konieczne dlatego, że nie możemy go uniknąc, a nie dlatego, że jest potrzebne. Potrzebne cierpienie wydaje nam się sprzeczne i jak już tak stwierdzimy, to raczej by sobie ulżyc w nim przez nadanie mu jakiegoś znaczenia.
Ale jeśli nie jest potrzebne to co wtedy ze szczęściem? Czy da się w ogóle odczuc szczęście bez kontrastu z nieszczęściem? Czy da się odczuc szczęscie tylko z przejścia z neutralnego stanu w szczęscie, bez przeciwnego bieguna nieszczęścia? Czy wtedy stanu neutralnego nie odczuwalibyśmy w końcu jako nieszczęścia? Dlaczego? Bo organizm ludzki jest dostosowany do takiego odbierania świata. Pokonywania przeszkód, nieszczęsc i dążenia do szcześcia. Chyba szczęście nie ma racji bytu bez nieszczęścia i razem z nim również by znikło. Nieszczęście jest potrzebne do odczuwania szczęścia. Ale z drugiej strony, przecież nie istnieją tylko dwa stany: szczęścia i nieszczęscia. Życie człowieka to nie tylko szczyty i upadki, ale i coś pomniejszego między nimi. Tylko czy są to tylko wtedy różne stopnie natężenia szczęscia lub nieszczęścia aż do jakiegoś punktu stycznego? Typu małe szczęścia i pomniejsze potknięcia? Czy może nie należy wszystkich uczuc człowieka podsumowywac pod szczęscie i nieszczęscie, może niektóre z nich wcale nie są ani trochę jednym ani drugim. Tylko czym by to było? Czego by nie rozważyc, wszystko wydaje się byc miksem szczęścia i nieszczęścia. Czy są rzeczy neutralne, zupełnie abstrakcyjne od tych? Np. wypełnianie obowiązków czy wąchanie kwiatów, które i tak zwykle daje się pod siebie pociągnąc? A może wszystko tak naprawdę jest zupełnie osobne i tylko w jakiś niewielkich częściach wspólne między sobą i nie należy próbowac doświadczeń sprowadzac do szczęścia i nieszczęścia?
A jak się to wszystko ma do religii? Wydaje się, że chrześcijaństwo daje człowiekowi azyl pomocy. W sensie kiedy trwoga to do Boga, ale jak coś nie pasuje to w sumie można sobie wszystko łamac, zwłaszcza jak emocje wezmą górę. Co tak naprawdę więc daje chrześcijaństwo człowiekowi? Miejsce powrotu, kiedy ten ma problem i jeszcze możliwosc popełniania błędu w nieskończonosc, zupełną bezrefleksyjnosc i parę ładnych przykazań, ale czy chociaż daje wskazówki jak je rozumiec? W gruncie rzeczy nie daje nic, co by pomagało się odnalezc człowiekowi prócz pewnej iluzji, praw, które przecież powinien miec w sobie od dawna, sztuczne pocieszenie bo bez zrozumienia. W sumie czy człowiek z kościołem czy bez, jest dalej sam i z niejasnymi wskazówkami, do których doszedłby i bez udziału kościoła jakby się zastanowił głębiej. Dostaje też coś wartościowszego - wzór postępowania, do którego jednak nie ma żadnego przygotowania nieegoistycznego by nim podążac. Nieegoistycznego czyli nie nastawionego głównie na minimalizację swoich cierpień. Poświęcenie dla kogoś, wystawianie się na niebezpieczeństwo, nie uważanie zasad społecznych za świętosc a tylko te wewnątrz serca i skierowane dla innych. Odnajdywanie w innych sensu życia. Tego kościół nie uczy. Przykład z Pisma owszem jest, ale samo pokazanie przykładu nie pomaga w dążeniu do niego. Nawet autorytet boży nie pomaga.
Inne religie? Jedyna która mi się wydaje godna uwagi to buddyzm. Daje jasne wskazówki, nawołuje do braku cierpienia, wsłuchaniu się w siebie, szanowaniu życia i przyrody, dążeniu do harmonii, zaniechaniu nienawiści. Można by powiedziec, że prezentuje metodę, do której człowiek zawsze może wrócic, nawet jeśli zdarzy mu się zboczyc z drogi. Daje jakiś fundament. Podczas gdy chrześcijaństwo wydaje sie tylko wymagac, choc łagodnie, nie dając wskazówek, a tylko cele. Bo w końcu co staje na drodze do miłowania bliźniego, nawet takiego co nam zrobił krzywdę? Nienawisc. Jak jej się pozbyc? Chrześcijaństwo mówi: wybaczac. Ale jak wybaczyc, jeśli złosc się w nas kotłuje, poczucie krzywdy kipi, kiedy cierpimy i życzymy drugiemu człowiekowi śmierci. Niby porzucenie nienawiści, zemsty i poczucia krzywdy powinno byc łatwe i każdy to potrafi. A jednak jest wszechobecnym problemem. Możemy czuc że robimy źle, ale nie możemy przestac chciec rewanżu zamiast wybaczac. Więc chyba nie potrafimy sami tak łatwo uporac się z uczuciami tego typu. Chrześcijaństwo wybacza nam nasze skłonności, nasze poczucie winy rośnie albo zostaje wypaczone przez przyzwyczajenie do popełniania wciąż tego samego i błądzimy dalej. Szukamy dojścia do przestrzegania zasad, potem znowu przez krzywdę zbaczamy z szukania i tak w kółko, te same błędy a nie jesteśmy ani trochę bliżej celu. Dlaczego uważam, że to nie jest zbaczanie z dobrej drogi tylko szukania? Bo co to za dobra droga kiedy po prostu nic nam nie dolega i dlatego możemy sobie pozwolic na bycie dobrymi? Trochę kiepska. A przecież to chodzi o to, by byc dobrym mimo poczucia krzywdy. Z kolei jak wybaczamy na siłę, to w końcu negatywne uczucia mogą nas utopic w tym morzu krzywdy które się wtedy nazbiera. Więc w efekcie nie jest to żaden rozwój, tylko kręcenie się w kółko w tych samych błędach. A czemu uważam, że w buddyźmie może byc inaczej? Bo tam ma się jakieś wskazówki, owszem, nie są pewne i oparte mocno na intuicji, poczuciu jedności z naturą i innych trudno uchwytnych przez to mętnych rzeczach. Jednak tam dochodzi do rzeczywistego przezwyciężania poczucia krzywdy, bo mamy świadomosc, która nie jest wypaczana przez przyzwyczajenie. Człowiekowi należy pomóc w dotarciu do dobra, a nie tylko akceptowac fakt, że robi źle. Tak naprawdę żaden człowiek nie chce byc tylko akceptowany za swoje błędy, chce też dokądś dążyc. Człowiek który nie ma w życiu niczego, co by uważał za wartościowe, czy jakiegoś celu, nie czuje się żywy. No i buddyzm zakłada samoświadomosc, chrześcijaństwo niespecjalnie. Bez świadomości każda poprawa jest dosc problematyczna, choc nie twierdzę, że nieprawdziwa. Może raczej... niepełna. Dlatego w buddyźmie można faktycznie dążyc wyżej, w chrześcijaństwie częściej się tylko błądzi. Choc są one podobne również, bo przecież każdy człowiek, niezaleznie od religii, popełnia błędy. A religie właśnie na tym się koncentrują.
A jaki jest cel? W takim dążeniu do dobrego życia? W chrześcijaństwie zbawienie... trochę wygodne to zbawienie... bo nawet jak się okaże kłamstwem to nikt przecież nie wróci z zaświatów i cię o to nie oskarży, że po śmierci nic nie ma. Z kolei jeśli faktycznie jest... Więc mówienie o nagrodzie po śmierci nie ma negatywnych konsekwencji, nawet jakby było nieprawdą. Z kolei jednak można w to wierzyc lub nie. A w buddyźmie? Osiągasz pustkę, spokój ducha. I tyle? Co dalej? Może buddyści uważają, ze dalej to już człowiek doskonale wie, jak postępowac, sam z siebie. Nietzsche, z tego co zrozumiałam, właśnie to sugerował, że to religia dla wyżej rozwinietych duchowo (m.in. a może głównie - nieszczęście akceptują tak jak szczęście). Nie wiem czemu, ja też jestem optymistyką w tym względzie i uważam, że człowiek wie, jak powinien postępowac sam z siebie. I jeśli jest w stanie to osiągnąc, że nie będzie się poddawał nienawiści i obojętności, to nie będzie potrzebował kodeksu zasad do przestrzegania. Ale i w buddyźmie mówi się o tym, co jest po śmierci - reinkarnacji. Życie zataczające krąg i nigdy nie umierające. To również dosc wygodne...
Teraz pytanie, czy naprawdę interesuje nas tak bardzo co się z nami stanie po śmierci? Czy przypadkiem nie jesteśmy bardziej skupieni na tym, co jest tu i teraz, na życiu które właśnie się toczy? Nie mamy gwarancji tego, co jest po śmierci, dlatego nie powinniśmy ignorowac naszego obecnego życia. Życie przecież jest ważne, i w religijnym sensie, i potocznym. Czy satysfakcjonuje nas jedynie wizja tego co po śmierci? Może takie sprawy obchodzą nas mniej. Nie zawsze też przemawiają, bo są bardzo mętne. Człowiek, jako biologiczny organizm, jak zwierzęta w swoim otoczeniu, dąży przede wszystkim do znalezienia swojego miejsca. Takiego, w którym jest akceptowany, w którym sie może rozwijac,, w którym odczuwa miłosc, zazwyczaj za takie miejsce uważa bycie przy drugim człowieku którego kocha i który kocha jego. Nie ma tu za bardzo metafizycznych spraw, a potrafi człowiek tu odkryc o wiele więcej sensu niż w dążeniu do zbawienia, spełnic się, byc szczęśliwym i akceptowac nieszczęścia ze względu na miłosc do drugiej osoby.
Miłosc to już chyba najbardziej skomplikowana sprawa. Wiem, że często twierdzi się, że to przejedzony, przereklamowany temat, że są inne rzeczy o których można mówic, pragnąc, śpiewac piosenki, pisac książki itd. Ale w efekcie to miłosc jest naszym głównym problemem, o którym wcale nie możemy poczytac w żadnych naukowych książkach, którego istoty ciężko uchwycic. Kiedy coś jest miłością a kiedy nią nie jest, nie bardzo można ustawic granicę. Jest ona zwykle tak szeroka, że i tak masa innych rzeczy nie będących miłością może się w nią złapac. I ona również powoduje nie tylko same dobre skutki, choc generalnie przyjeło się mówic, że miłosc to dążenie do dobra. Może w jakiejś czystej postaci. Mówi się, że człowiek pod względem miłości staje się lepszy, ale są przypadki niespecjalnie pasujące do tego. Często wszystkie dobre cechy miłości przypisuje sie też jej pierwszemu jedynie stadium - zauroczeniu.
Więc gdzie jest nasze miejsce? Czy jest to jakieś nadnaturalne, pośmiertne? Czy jakieś rzeczywiste, wynikające z naszego uwarunkowania (by nam odpowiadało społecznie, psychicznie, hobbystycznie, przyjemnościowo itp) - szukanie najdogodniejszego miejsca spełniającego nasze potrzeby? Czy człowiek w takim razie to same potrzeby, które musi zaspokoic? Potrzeba miłości, nienawiści, zemsty, snu itp. Czy też to jakieś jeszcze niesprecyzowane miejsce, które poznamy intuicyjnie jak je znajdziemy?
Oczywiście nie mam na myśli miejsca fizycznego. Miejsce jest tu bardzo w abstrakcyjnym sensie. To miejsce jest gdzieś w nas, niewidoczne, opierające się na naszych uczuciach. Czy jest wspólne nam wszystkim? Wydaje się, ze jest bardzo osobiste, zwłaszcza jeśli sądzimy, że odnaleźliśmy je koło osoby/osób, które pokochaliśmy. Czy miejsce może byc związane z poczuciem misji, wielkich wartości społecznych, lub z jednością człowieka i natury? Czy może już dawno je w sobie nosimy, tylko niektórych rzeczy nie umiemy jeszcze zaakceptowac. Czy może jest to tylko sztuczny twór o bliżej nieokreślonym nakierunkowaniu emocjonalnym?
Czasem jednak to miejsce wydaje się bardzo fizyczne. Czasami możemy miec ich w życiu więcej niż jedno. Czy wszystkie są wtedy prawdziwe, żadne czy może tylko to ostatnie?
Może tak naprawdę wcale nie dążymy do odnalezienia swojego miejsca i nie dążymy do szczęścia jako ostatecznego celu?
Może jesteśmy czymś więcej niż zwierzęciem i niektóre z naszych dziwnych pragnień właśnie na to wskazują?
Moje miejsce... czasami wydaje mi się, że je odnajduję, czasami wydaje mi się, że je gdzieś stracę. Wydaje mi się czymś jednocześnie wielkim, ostatecznym celem, a czasami tylko czymś przejściowym, miejscem gdzie czuję się dobrze. Może jest to naprawdę czysto związane z potrzebą akceptacji.
Jednym takim miejscem są oczywiście przyjaciele. Drugim takim miejscem był E-F. Trzecim... muzyka. Czwartym ludzie w ogóle.
Są to miejsca, w których następuje synchronizacja emocjonalna, bliskosc i to nieokreślone coś.
To ostatnie jest nieopisywalne. Zresztą uważam, że ludzie są w stanie doświadczac tego nieokreślonego czegoś zawsze wokół siebie. Nie jest to po prostu coś, czego jeszcze nie umie się nazwac. Raczej coś, czego nazwac się nie da.
Dużo rzeczy uważamy obecnie za wyjaśnionych dzięki nauce. Ale zwykle są wyjaśnione bardzo pozornie, oparte głównie na eksperymentach, a nie na wiedzy skąd, dlaczego i czemu tylko tak się dzieje. Spekulacje. Weźmy chocby wcześniejszą miłosc. Wiemy że może byc biologicznym mechanizmem wytworzonym w momencie narodzin, pozwalającym przetrwac gatunkowi. Ale dlaczego? Dlaczego w ogóle coś istnieje i dąży do przetrwania? Jeśli szczęście, miłosc i inne cele i sensy życia jakie sobie stawiamy są tylko mechanizmem umożliwiajacym przetrwanie to po co się żyje? Jeśli jest to zamknięty krąg, że szczęście jednocześnie umożliwia przetrwanie po to, by odczuwac szczeście, to ma już jakiś sens, ale nie rozwiewa ani trochę tajemnicy, raczej ją zapętla.
Tylko czy jest to po prostu coś, czego nie rozumiemy jeszcze, czy właśnie coś nieokreślonego?
Czy miłosc może jest sprawcą przetrwania i dążenia właśnie dlatego, że jest sensem, istotą i przyczyną tego, że istnieje życie?
Czy może jest to jeszcze coś innego?
Czy można mówic w ogóle o szukaniu swojego miejsca nie znając sensu swojego życia? Czy intuicja to jedyne na czym możemy polegac w tym zakresie?
Czy może znalezienie swojego sensu i spełnianie go = znalezienie swojego miejsca?
Czy akceptacja, miłosc i podobne = znalezienie swojego miejsca?
Czy miłosc = znalezienie sensu? Ale czy to naprawdę wystarcza nam za sens? Za własne miejsce może wystarczyc..
Może to coś nieokreślonego blizej, ale zawierającą to wszystko (jak miłosc) również w sobie, jest tym sensem.
W tej "definicji" jest możliwe znalezienie własnego miejsca.
skomentuj (7)
~~The true freedom might mean having a place to return~~
2008-06-21 18:25:50
::snap shot::
Dawno... a zresztą, warto jeszcze wspominac, że dawno mnie tu nie byłoXD'? Widac jak na dłoni XD
Ale nadszedł w końcu ten czas, że mam naprawdę ochotę napisac notkę. Kiedy ostatnim razem miewałam tak, zaraz mijało, i w sumie nic dziwnego, nigdy nie lubiłam pisac notek tylko po to by się emocjonalnie wyładowac. W paru innych zresztą celach też. Choc zdarzało mi się to parę razy popełnic.
Wakacje nadchodzą. Moja sesja prawie skończona, mam nadzieję że prawie na pewno niż prawie zupełnie xD" w sumie chciałabym bardzo móc już powiedziec, że mam wakacje. Sesja potrafi mnie wykończyc nawet jak się na nią jakoś specjalnie nie uczę. Chyba jestem zbyt podatna na presję. Zresztą żadne "chyba", dobrze wiem jak bardzo jestem.
Wczoraj był niezły dzień, mimo spesymistycznienia związanego z gupim egzaminem. Dwa amulety wzięte na szczęście podziałały wszędzie tylko nie na ten ostatni zryw sesji xD' Np. zaraz po egzaminie znalazłam na ulicy 10 zeta *___* (jak często sie to zdarza, no jak XD?), które spożytkowałam od razu. Ponoc znalezione dobrze jest szybko wydac xD Myśle że można przyjąc, że je spożytkowałam, choc nie do końca, 10 złotych i tak miałam się dzisiaj pozbyc... xD Sprawiłam sobie m.in. herbatę o smaku (?) hiszpańskiej mandarynki (smaku to dosc wątpliwe, ale na pewno o zapachu XD). Ostatnio straszny herbatoholik sie ze mnie zrobił. W sumie byłam nim od kiedy przestałam pic gazowane dziadostwa (może i dziadostwa, ale i tak je lubiłam xD) na rzecz herbaty, ale wtedy aż tak nie eksperymentowałam. Wszystkie te nowe próby to wina takiej jednej Hitomi xD' Piszę to jasno i wyraźnie, gdyż to największy herbatoholik jakiego znam i obawiam się, że niewiele zostanie herbaty jeśli ją kiedykolwiek do siebie zaproszę xd może chociaż jeden kubek mi zostawi xd' Zaraz potem (albo i w trakcie xD) nastąpiło spotkanie z Marychem, pochodziłyśmy sobie po mieście, dostałam rurkę z kremem ^__^ W drodze powrotnej za to napadło na mnie Zło w postaci nieszopowatej Nemezis xD po powrocie do domu nastąpił ciąg dalszy radosnego oglądania sailorek starski (nie żałuję sobie ich w tej sesji xDD) i padnięcie na pysk około 2 w nocy xD"
Ponadto nie znalazłam nigdzie 5 tomu Death Note'a choc tak mnie napadło na jego kupno. Chciałam się też umówic na film jutro, "Oddech" Kim Ki-duka, ale jeszcze nie wiadomo czy wypali. Szczerze, to spodziewam się, że film będzie naprawdę dobry. Choc pewnie nie przebije "Pustego domu" dla mnie xD
W moim pokoju stoi dzisiaj gałązka jaśminu ^_^
Mój kot bawił się na tarasie, ale to taka łamaga że musiałam ją przystopowac, jeszcze spadnie z tego balkonu XD" Przecież to się nawet na schodach ślizga xD
Dostałam też maila, że moja przesyłka została dzisiaj wysłana *___* jeszcze nie mogę w to uwierzyc XD! Udało mi sie jednak zamówic limitkę koncertu xD! Kiedy pierwszy raz próbowałam była już wyprzedana, a było to dopiero 2 tygodnie przed jej oficjalnym wyjściem XD" w sumie tylko przypadek i moje życzenie sobie sprawiło, że zajrzałam w odpowiednim momencie na stronę... chyba z szoku zejdę jak otworzę paczkę xD już nawet przestał mnie razic fakt wysokiej cenyXDD''
...i omal wczoraj nie zaspałam na egzamin XD nawet nie pamiętam za bardzo wyłączania budzika... obudził mnie dopiero telefon od mamyxD (chyba jakieś ESP miała w tym momencie, że zadzwoniła xD"")
Widziałam dziś ślicznie wydane baśnie chińskie w empiku (za równie śliczne 50 złotych xDD). Ponadto spotkałam tam znajomego z kierunku (fucha w empiku, ciutkę zazdroszczę xD), który stwierdził że wraca od października do nas. Nie ma to jak radosna nowina >D jakoś cieszy mnie, że ktoś moze chciec wrócic na filozofię ^_^
Radosną sprawą było też, że Vidi (zresztą nie pierwszy raz XD) wspomniała, że wracała sie specjalnie po zgubionego Kłapoucha XD Za każdym razem mnie to cieszy >D Oraz cieszy mnie za każdym razem jak słyszę o jej planach zwiazanych z motocyklem, jej fuchą ochroniarza i jej widok w ochroniarskich ciuchach, prezencja pierwsza klasa >D Lubię słuchac o tym jak sobie radzi. I ma mój respekt za porzucenie studiów. Właśnie, trzeba wyciągnąc rower, przydałoby się pojeździc. Ile ja już nie jeździłam? Wszystko przez moje problemy z kaszlem które tak długo trwały.
Poza tym Marych miał wczoraj urodziny i paskudnie kupował przy mnie pety, niedobra xD jak już ją obgaduje to na całego xDD
Jako że czasami mi się ludzie dziwią, czemu biorę amulety na szczęscie... pierwszy raz wziełam na egzamin ustny z pedagogiki, bóstwo egipskie XDD tym razem wziełam wisiorek smoka (na wszystkie zaliczenia i wyniki xD) i bóstwo egipskie dodatkowo na drugi termin z historii. Po co je biorę? By działały zastraszająco na ludzi, którzy nie dadzą mi zaliczenia, zapewne XDD Poza tym ja czuję się jakoś pewniej, zwłaszcza ze smokiem XD"
Wczoraj był naprawdę fajny dzień, ale w żadnym opisie nie jestem w stanie tego oddac. Nie jestem w stanie nawet określic w czym siedziała ta cała fajnosc. Może w lekkim kontraście nastrojów (przejaśnienie nastroju na lepszy zawsze ma dobry efekt na moje sądy xD), może w licznych małych radosnych przypadkach, w poczuciu nadciągających wakacji odczuwalnych podczas spacerów nad Motławą w otoczeniu rzadkich stoisk z pamiątkami lub w siedzeniu na peronie dworca głównego będącego karmnikiem dla gołębii xD? Dorzucic do tego zestawienie zielenii z błękitem nieba i jakoś skojarzenia same nadciągają.
Plany wakacyjne... na razie niemal żadne. Dwa, w tym jeszcze bardziej życzeniowe niż rzeczywiste no i jakieś chyba odległe jeszcze xD" konwentu jeszcze na dobre nie rozważałam, nie czuję jeszcze tego. No i musieliby byc znajomi, bez tego to nie ma sensu, zwłaszcza w obecnych konwentach xD'' i zwłaszcza z Setsowym przestawieniem się na 1/3 dram, 1/3 mang, 1/3 Kinki xD (powiedzmy, bo wątpię by to było takie równiutkie xDD ale dla porównania, przedtem to bywało tego m&a jednak blizej połowy xDD albo więcej niż połowa xD) Mimo to liczę na to, że uda się przynajmniej jedno z tych wakacji. Dosc konkretne jedno. Ech, pod pewnymi względami nie zmieniam się w ogóle.
Ech, a plany moje wyglądały zupełnie inaczej jeszcze nie tak dawno temu, koło kwietnia xD" było w planach karaoke japońskie z repertuarem do 1997 roku w Warszawie... mochi miało byc... xD
Ze starszych spraw... tegoroczny dzień dziecka był bardzo udany. Mimo że musiałam oddac prace zaliczeniową tego dnia, która wcale zresztą nie okazała się beznadziejna, pojechałam z tatą do mediamarktu i galerii bałtyckiej. Jeszcze nigdy w życiu nie dostałam 5 dvd *_* i jeszcze japońskie cukierki (o smaku kwaśnej śliwki) do tego XD! Dvd to Infernal Affairs wszystkie częsci, Totoro i Maison Ikkoku xD Ponadto pojechałam z mamą wybierac coś z okazji dnia dziecka dla brata i bratowej. Kto by pomyślał, powyżej 30tki są a i tak dostają coś xD Ale ja też ostatnio sporo dostałam, więc nie narzekam... moje ciuchy też się coś utęczowiły XD
Z innych spraw... zbliza sie nowy sezon dramowy i nie mogę sie go już doczekac (choc w sumie niewiele obejrzałam z obecnego sezonu xD). Pomijając parę ciekawych pozycji, najbardziej ucieszyła mnie oczywiście drama z Tsuyoshim, w dodatku komedia detektywistyczna! Podziw, choc ma w tym czasie trasę koncertową kinkową xD! Sasuga maj ajdoru XD!
Well, jedyną dramą jaką śledziłam w tym sezonie było Last Friends. Ciężka psychologicznie i poruszająca na dodatek kontrowersyjne problemy społeczne takie jak przemoc w rodzinie (erm, w sumie to u nas nie ma odpowiednika na ogólne domestic violence, bo rodzina to tylko jeden z przypadków), molestowanie czy gender identity disorder (ale te tylko napomknięte i trochę obcięte) xD" aż dziw, że zdobyła aż taką popularnosc, aż sie zastanawiam ile tak naprawdę ludzie z niej zrozumieli... sama jakoś nie oszalałam na jej punkcie, kochac też nie pokochałam, ale przywiązałam się do niej na tyle że oglądałam ją co tydzień regularnie xD nawet dwa razy bez subu xD i zapowiada sie trzeci, gdyż ostatni odcinek jeszcze go nie zaposiada i możliwe, że nie będę na niego czekac. Muszę jednak przyznac, że yuri wątek w dramie prawie w ogóle mnie nie obchodził, głównie przez Rukę (mimo że bardzo lubię aktorkę, to kreacja tej postaci mi się nie podoba xD), ale w przedostatnim odcinku w momencie hmm... powyznaniowym nagle do mnie przemówiło i mnie wciągneło na moment xD Poza tym świetny był według mnie główny znęcacz, nawet jeśli można mu zarzucic trochę zbyt powierzchowne i proste sceny. I aktorsko, i jako postac, choc przewidywałam jak jego wątek się skończy xD" za dużo już się naoglądałam widac, choc to pierwszy przypadek dramy z DV. Ale w sumie nawet jeśli to o DV, to w psychice postaci nie o DV chodzi przecież. W sumie to szkoda, że nie zrobili z tej dramy czegoś lepszego. Trochę za dużo schemacenia i kręcenia, impulsywności, zmian, a można było z tego zrobic naprawdę dobrą dramę, z takim materiałem xD" Ale za to miło zaskoczył mnie Eita. Jego postac, Takeru, na początku była tak sztuczna i powierzchowna że aż mnie intrygowało dlaczego xD ale potem Monchichi wykazał sie tym co potrafi i ukradł całą uwagę i historię dla siebie XD To przejście, kiedy w końcu zaczął działac, kiedy nareszcie jego ekspresje zaczynały dotykac emocjonalnie widza, kiedy mógł się wykazac rozwinięciem postaci naprawdę skradły mi serce. W sumie to głównie zasługa Monchichiaka że dalej oglądałam tą dramę na bieżąco. Ale... myśle że nie będę za nią specjalnie tęsknic. Za to na pewno będę tęsknic za Monchichim, kiedy znowu będę miała okazję zobaczyc go w dramie? Jego gra jest naprawdę urzekająca, jego role zwykle mają własne życie i jeszcze jako Takeru miał nad sobą ten cień tajemnicy, który bardzo mu pasował. Nie wiem jak wytrzymam cały sezon bez Eity... oby tylko jeden ;___;
Przeczytałam ostatnio całą mangę sailorek (no, to juz wiecie czemu oglądam anime xD) ale dlaczego i skad mi się to wzieło, to nie mam pojęcia... jakoś chodziło trochę, gdzieś w cieniu za mną, i w końcu wziełam pierwsze tomiki i stwierdziłam, że najwyżej nie dobrnę za daleko... jasne, nie moglam się oderwac jak już zaczełamXD" a jeszcze pamiętam te czasy, gdy sięgnełam po 3 serię i stwierdziłam, że jest to dla mnie teraz zbyt moralistyczno-sentymentalne xD naprawdę musiałam zmięknąc xD ponoc człowiek na starosc mięknie xD ja mięknę z każdą obejrzaną dramą, arg XD
Ale muszę przyznac, że moja ulubiona/ulubiony (...who cares xD) wciąż jest taki/ta sama xD! Przy okazji wiele rzeczy sobie uświadomiłam, ale tego zdecydowanie nie napisze na blogu xDD ech, życie xD o mojej ulubionej postaci jest w sumie niewiele, a jednocześnie jest wystarczająco wiele by się zakochac xD mówią, że telewizja i komiksy niszczą wyobraźnię. Nie wiedzieli chyba co mówią xD nigdy nie miałam tak wielkiego bodźca dla wyobraźni jak side characters xDDD zresztą główni niekiedy też XD i co, że niby tylko ksiązki rozwijają wyobraźnię? Mam wrażenie, ze niektóre celowo chcą ją zabic xD a częsci zupełnie brakuje tego bodźca xD oczywiście, sami sobie powinniśmy byc bodźcem, ale jak coś jest nudne to najlepsze chęci tego nie uratują xD zresztą moja wyobraźnia nigdy nie trzymała się zbyt sztywno tego, co czytałam xD myślę, że dopiero m&a nauczyła mnie w ogóle czegoś takiego jak in character xD
Może zastanawiacie się w tym momencie, dlaczego w całej notce brak "ć". To dlatego, że jakiś sterowników mi jeszcze brak po instalacji xD leń ze mnie xD ale i tak sie nie pochwalę jak duży mam teraz dysk... ale chyba nigdy go nie zdołam nawet w połowie zapełnic xD"
Ostatnio pościągałam sobie parę mang Takeuchi, nareszcie XDD już od dawna miałam to w planach, ale dopiero teraz zachciałam je przeczytac. Poza tym ściągnęłam też jakąś mangę autorki Furuby (Hoshi wa utau, na razie wygląda fajnie XD), PSME, trochę Kurosagi...xD i przeczytałam takiego oneshota co się zwie "Hotaru no mori". Jeszcze nigdy nie wzruszyła mnie 20stronnicowa komiksowa historia XD" zwykle jest to za krótkie, za schematyczne, nie działające zbytnio na emocje. Ale to było naprawdę dobre, nie było przerysowane i wciągneło emocjonalnie. Wciąż nie mogę uwierzyc, że przeczytałam tylko 20 stron, a nie 100 xD' cała historia wydawała się byc długa. Może naprawdę rozmiękłam xD
Historia była o dziewczynce zgubionej w lesie duchów/potworów, której pomógł demon w masce, który nie mógł byc dotknięty przez człowieka. I o ich przyjaźni która od tego momentu zaczęła się rozwijac. Naprawdę nie wiem, jak mozna zmieścic tyle magii, tajemnicy, przyjaźni (a raczej tego uczucia miłości które tworzy się równolegle z przyjaźnią, to jedna z najcieplejszych odmian uczucia które spotykam) i jeszcze klimatycznego lata. Szkoda że częsciej na takie nie natrafiam...
Czy ja kiedyś nie chciałam zmienic laya...xD
Poza tym XXXholic znowu mnie łapie swoim mystery nastrojem i bohaterami xD a to tak rzadko wychodzi xD"'' poza tym trwa już miesięczna przerwa w Tsubasie, jak tylko wyjdzie ten nowy rozdział w lipcu to się pewnie na niego rzucę jak wygłodniały pustelnik XD" zwłaszcza, że w końcu dzieje się coś zupełnie nieprzewidywalnego, praktycznie całe prawdziwe podszycie historii, i każdy z dwóch własnie przerwanych wątków interesuje mnie równie bardzo XDD no i jest duzo Shaorana... a raczej "Shaorana"... poziom zapętlenia dochodzi do szczytującego momentu xDD nie wyobrażam sobie opisac komukolwiek akcji Tsubasy xDDD chyba zrobiłoby się z tego pięciu Shaoranów i trzy Sakury xDDDD heh, a pamiętam jak podchodziłam sceptycznie do tego całego wyjaśnienia z klonami w Tsubasie... było, mineło i to całkiem szybko, teraz to mnie całkowicie intryguje xDD pewnie po tym zsailorkowaniu to się sclampuję XD" coraz bardziej mnie korci do lektury X-a, Tokyo Babylon, Clovera, Lawful Drug, Sakury....xD Wisha ostatnio sobie przeczytałam od nowa XD i stwierdziłam, że nic dziwnego ze lubię tą historię xD
Przez ten maj i czerwiec mam sporo zaległości, będzie dużo oglądania XD
Heh, ja chcę już pełnoprawnie wakacje XD''' dai pinch desu! (za dużo Sailorek...xD to, czemu lubiłam UsagixSeiya też do mnie dotarło xDDD)
Dobranoc XD
genki desu,
Setsu xD
skomentuj (0)
~~The true freedom might mean having a place to return~~
2008-04-10 01:09:26
---yozora no mukou---
10.04 = otanjoubi omedetou! ^________^
W ogóle to bedzie na pewno dobry koncert dzisiaj >D!
Badziewnie, z każdym rokiem coraz mniej jestem w stanie napisać XD"
Masy miłości od fanów i nie tylko >D
Muzyki w duszy przez całe życie!
skomentuj (5)
~~The true freedom might mean having a place to return~~